Przez ostatnie dni
zdałam sobie sprawę, a właściwie to utwierdziłam się w prostej zależności, że:
ja + słońce = ja + energia: radość +
chęć do działania czyt. życia. Wstając z łóżka w ciemnościach, kładąc się w
ciemnościach a funkcjonując w szaro-burych miejskich klimatach pozostałości po
zimie nie mam chęci chociażby na proste czynności takie jak malowanie paznokci.
Gdy świeci słońce świat jest inny, lepszy, jawi się w cieplejszych barwach,
życie nabiera sensu, człowiek ma jakoś wewnętrzną siłę do działania, a nawet
proste czynności czy obowiązki wykonywane są z większą chęcią. Zauważyłam
również, że w dni słoneczne mój dzień wygląda zupełnie inaczej, w moim
mniemaniu lepiej. Ja sama potrafię być bardziej zorganizowana, konsekwentna w
planowaniu, a co najważniejsze w realizacji codziennych zajęć. Promienie
słoneczne nawet w otoczeniu śniegu, zasp i białych krajobrazów dają swoistą
energię i chęć chociażby do tego żeby się chciało. Absolutnie kocham słońce! I
jak sądzę, a właściwie wiem istnieje wiele naukowych doniesień o pozytywnym
wpływie energii słonecznej na nastroje, samopoczucie, humory ludzi- ja jestem
najlepszym przykładem potwierdzającym regułę. Z obserwacji samej siebie, co
wcale nie jest takie łatwe, wiem, że słoneczny poranek jest jak mobilizacja,
jak milowy krok w dobry dzień, jak
zastrzyk endorfin zaraz po przebudzeniu.
I ktoś by powiedział idź dziewczyno na solarium i nie
zawracaj ludziom głowy! A właśnie, że nie! „sztuczna” jak dla mnie kąpiel
słoneczna to nie to samo. Mnie chodzi o
doznania duszy o wewnętrzną, prostą radość, nie zaś o wyższą temperaturę
nagrzanego ciała i zapach swoistej spalenizny. I chociaż dopiero początek
stycznia to mnie już tak tęskno do dni ze słońcem w roli głównej…Cóż nie
pozostaje mi chyba nic innego jak schować ciepłolubne zachcianki pod gruby koc
i w towarzystwie gorącej herbaty oraz ciepłych skarpetek poczekać cierpliwie na
wiosnę…
Do napisania!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz